SPONSORZY:

PATRONI

CI LUDZIE NAS

 WSPIERAJĄ!

Grudniowe postanowienia-nadrabiamy! 
11 grudnia 2018

Powrót do przeglądania artykułów 

Uciekły mi z życiorysu około dwa miesiące. I to wcale nie dlatego, że nic się nie działo. Wręcz przeciwnie. Dzieję się aż za dużo. Nawet nie wiem kiedy z października zrobił się listopad, a z listopada grudzień. Ledwo co, a to już miesiąc temu zaliczyłam ostatni rejs sezonu 2018, a tu za niedługo święta i cały kolejny sezon powolutku, powolutku w przygotowaniu. Czas pruje do przodu i nieubłaganie przypomina, że w sumie do planowanego pierwszego wodowania setki wcale nie zostało tak dużo czasu!

Może nie jesteśmy mistrzami dzielenia się na bieżąco tym co się u nas dzieje, a całości spraw około-medialno-społecznościowych dopiero się uczymy, ale to wcale nie znaczy, że nic się u nas nie dzieje. Pracę naprawdę nabierają rozpędu. Na tyle na ile życie nam pozwala. Oficjalnie tym postem rozpoczynam swoje postanowienie przed-noworoczne. Jeden post na tydzień. Bo jest o czym pisać.

Zimowe początki były ciężkie. Ostatnie chwile w Jadwisinie również… Wszystko było nie tak. Nie wiedziałam co się dzieje, zimno, ciepło, wszystko krzywo, wszystko pęka… Ostatecznie nie było czasu na cackanie się, trzeba było łódkę chociaż do stanu „możliwego do transportu” doprowadzić i najwyżej ponaprawiać później. Oliwy do ognia dolał fakt, że w miejscu do którego mieliśmy się przenieść po prostu się nie mieścimy. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Trzy łódeczki w miarę sprawnie znalazły się z powrotem razem i to w samym centrum Warszawy! Krótki i zwarty opis całej tej akcji zawarł w swoim ostatnim poście Adam, polecam J

Na Wał przejechał jako drugi mój (na czas transportu bardzo) Skrzywulec. Niby to gotowy do szlifowania i poszywania… Ale jednak nie. Jeden wzdłużnik całkowicie trzeba było wyjąć i włożyć nowy. Dobrze, że ktoś z naszej trójki się machnął i mieliśmy dwa w nadmiarze. Jeden już stał się łódką. Taka oto historia tajemniczego zdjęcia na Instagramie z kawałkami deseczek które tą łódką były ale przestały. Dlaczego trzeba było podjąć aż tak drastyczne kroki jak, w sumie, cięcie łódki na kawałki? Dopiero po podniesieniu plandeki i odejściu od łódki na parę metrów moim oczom ukazało się w pełni to co wcześnie przysparzało wielu problemów z (jeszcze wtedy) nieznanego powodu. Środkowy, można powiedzieć, wzdłużnik 50-tka radośnie układał się od wręgu B do C w górę, C do D, w dół, od D do E w górę, i potem (uwaga, nie zgadniecie), od E do dziobu znowu w dół. Źródło błędu było naprawdę proste i mikroskopijne. Otwory w poszczególnych wręgach były lekko poprzesuwane to w górę to w dół akurat niefortunnie w taki sposób, że nie dało się tego inaczej naprawić jak wyjąć cały wzdłużnik i włożyć nowy. No tak. Pasowałam otwory tylko między wręgami obok siebie. A jak na koniec sprawdzałam czy wszystko się trzyma kupy przymierzając cały wzdłużnik, patrzyłam na łódkę z bardzo bliskiej odległości. Może dało się tego dopatrzeć wcześniej, może nie. Teraz już to nie ma sensu. Naprawiłam. Różnice w każdym otworze były w granicach 3-7mm. Tylko, że oczywiście naprzemienne.  Dając po zsumowaniu efekt którego nie da się naprawić szlifowaniem. Pech? Raczej nie. Im więcej błędów popełniam tym więcej się uczę i lepiej później pracuje. I bardziej poznaje łódkę. I mam większą pewność poprawności wykonania. Same plusy! Warto sknocić robotę!

Do kolekcji skrzywulcowych elementów dochodzi spędzająca mi sen z powiem zapadnięta wręga B. Nie wiem jak, nie wiem kiedy. Nie wiem jakim cudem, ale zleciała w dół z helingu, ze swojego poziomu około 15mm (!!!!) co akurat w tym miejscu ma ogromne, ogromne znaczenie.  

Deseczki które używałam do skręcenia łoża były mocno budżetowe. Zabawy z nimi było sporo. Nie można było założyć że skoro na dole się ustawiło w odpowiednim miejscu, na górze będzie tak samo. Szkoda, że na bieżąco nie udało mi się tego wtedy opisać. Za wszystkie grzechy żałuje i obiecuje poprawę.

Przyznaje się szczerze do zaniedbania.  Ale nowy rok, nowa ja i te sprawy.

Całe szczęście suma summarum, Malutka Hero ma jak najbardziej poprawny kształt i wszystko się zgadza. Straszliwie szkoda mi było wyciągać całej wręgi, zwłaszcza, że moja B przez to, że robiłam ją dwukrotnie, jest najpiękniej zrobioną wręgą jaką widziałam (jeszcze nie byłam u Qubiego w szkutni, więc na tą chwilę, mogę jeszcze tak mówić), a w trakcie tej operacji coś na pewno by ucierpiało. Usiadłam sobie kilka wolnych wieczorów (no dobra, takie dwa słowa w moim życiu nie istnieją więc robiłam w międzyczasie milion innych rzeczy) Przeanalizowałam sprawę i wzięłam się do roboty. Dwa wieczory podnosiłam wzdłużniki denne z wręgi. Nienaruszone zawisły ponad. Do ostatniej chwili nie wierzyłam, że to się uda i powoli godziłam się z myślą, że trzeba będzie zrobić nowe bo nawet jak uda mi się je wyciągnąć to, że gdzieś na całej jego długości coś pójdzie nie tak. Mała po raz kolejny mnie zaskoczyła. Zdecydowałam się na przerabianie wręgi na bieżąco w trakcie, na każdy elemencie i etapie, podwyższanie lub ucinanie. A ostatecznie tych elementów nawet nie ma tak dużo. Wszystkie „burtowe” wzdłużniki są w poprawnym miejscu, policzyłam, pomierzyłam, jest dobrze. Burta wygląda dobrze. Kawałek denny dostał podwyższenie, wyszło przepięknie gładko. Ciągłość i naturalność gięć przywrócona.

Dodatkowo wytworzyłam dużo pyłu do żywicy dla całej naszej trójki której zużywa się dużo, a wcale w takim tempie nie przybywa. Przykleiłam dwukrotnie większą deseczkę niż potrzeba i szlifowałam, szlifowałam, zbierałam, szlifowałam, zbierałam, szlifowałam, zbierałam i tak przez parę godzin. Czasami niektóre rzeczy wymagają poświęceń.

Czeka mnie jeszcze podwyższenie kawałka wręgi na wysokości obła i tam też potrzeba minimalną warstwę na wzdłużniku dodać, ale nie jest to ani tragicznie skomplikowane, ani nie zaburzy wytrzymałości. Drobną różnicę poziomów mam też przy zejściówce jednak są to różnice już tak minimalne, że się zastanawiam czy w ogóle coś z tym robić. Zobaczymy po odwróceniu Małej do dołu dnem i robieniu kokpitu.

No i przyszła pora na szlifowanie. Wszystkie wzdłużniki, wszystkie wręgi. Worek bez dna roboty. Poziomica, dwie różne deseczki, kawałek sklejki, i tak było czasami za mało, żeby być pewnym, że wszystko jest równo względem siebie.  Należało doprowadzić wszystkie elementy które do tej pory powstały do równego poziomu. Do stanu gotowości na przyjęcie poszycia. Mam wrażenie że trwało to całe wieki. Trzy tygodnie? Coś takiego wyjdzie. Precyzyjna robota, którą trzeba obejrzeć z każdej strony, ale na swój sposób relaksująca.

Jak już przyszło do poszywania i tak trzeba było dokonać drobnych poprawek.

Myślałam, że postawienie wręg na helingu jest najbardziej satysfakcjonującym momentem całej budowy. Oj jak bardzo się myliłam.

Zaczęłam od burt, dzięki wskazówkom współsetkowiczów. Dzięki takiej kolejności pracy, będzie łatwiej z gięciem na oble w okolicach dziobu, ale też i dno będzie położone „na wierzchu” pozostałych elementów, co w razie jakichkolwiek uderzeń z dołu nie będzie wpychać sklejki do środka łódki,  a przenosić naprężenia po całości kadłuba. Dzięki za rady!

Na przymierzenie i przyklejenie jednego płatu sklejki na burtę w części od rufy wyszło mi około 3,5h. Ciąg dalszy już taki prosty nie jest. Płat sklejki idący od mniej więcej wręgu C, same jego przymierzenie zajęło mi solo 2,5h. Dlatego jednak chyba pora na chwilę przestać być Zosią Samosią i poprosić o pomoc znajomych. Na tym etapie trzy pary rąk bardzo pomagają. Nawet głupie przytrzymanie sklejki na odpowiednim poziomie przez człowieka a nie krzesło, konstrukcje z desek czy cokolwiek ma znaczenie, więc na samo klejenie czekam na wsparcie. To już w tą niedzielę!

A jak to wszystko działa? Przepis na poszycie mając do dyspozycji dwie ręce, niewielką przestrzeń i proste narzędzia w telegraficznym skrócie.

Bierzesz płat przepięknej sosny 10mm, podnosisz w odpowiednie miejsce posiłkując się podpórkami w postaci np.krzesła (2,5 metrowego płatu nie przytrzymasz w całości na jego krawędzi samemu. A łapanie ściskami po kolei nie działa bo spadają jak się przekręca. A dziur szkoda robić za dużo.) Więc podnosisz posiłkując się czymkolwiek na czym w oddalonym od ciebie o dwa metry miejscu da się postawić sklejkę. Łapiesz ściskami. Biegasz w prawo, w lewo, aż nie ustawisz w miejscu w którym chcesz. Łapiesz parę kluczowych miejsc poza tym, ze ściskami to zwykłymi czarnymi wkrętami. Ścinasz nadmiar sklejki zostawiając sobie zapas żeby nie pociąć wręg bo najłatwiej i najszybciej zrobi się to na tym etapie mocno na oko. Jak już cokolwiek widać można poprawić cięcie tworząc w ten sposób mieszalniki do żywicy, zwykłe małe kawałki sklejki. Płat bardziej „dziobowy” odwracamy o 180°, aby na górze mieć równiutką linię prostą. W tym miejscu kładłam się na zakurzonej ziemi na pleckach pod łódką i cięłam nad sobą wyrzynarką nadmiar sklejki. Nie musi być prosto. I tak będę szlifować tą część po odwróceniu łódki. Przychodzi pora na dokładne pasowanie. Znowu biegasz w prawo i w lewo. Aż wszystko nie będzie idealnie. Wyrysowywujesz, gdzie są wręgi, gdzie idzie wzdłużnik, rysujesz gdzie mają być wkręty, żeby później się tym nie martwić. Kilka wkrętów kontrolnie wkręcasz, żeby zobaczyć czy lądują na pewno w dobrym miejscu, rysujesz linie kontrolne na podstawie których później będziesz ustawiać płat. Kilka kresek markerem z każdej strony przechodzące z łódki na sklejkę. Zdejmujesz. Rozrabiasz żywicę. Od kiedy mieszkamy na Wale używamy Epidiana 57+TFF. Proporcje 100:22 nawet nie są takie upierdliwe w przyrządzaniu.  Trochę bardziej śmierdzi i kolor już nie taki piękny złoty jak zestaw Piątka+PAC, ale można kleić w dużo niższych temperaturach. Pod jeden płat sklejki wychodziło mi do 500ml żywicy (!!!) Na tym etapie trzeba się w miarę sprężać i mieć wszystko gotowe. Rozsmarowanie żywicy jest lekko upierdliwe, ale do zrobienia. Gorzej z zamontowaniem płatu sklejki ponownie w tym samym miejscu, tak, żeby żywicy sobie nie wytrzeć po wszystkim dookoła. W dokładnie przemyślanej kolejności dociskamy ściskami, dokręcamy wkrętami i mamy gotowy kawałek łódki.

Rewelacyjny etap. Parę godzin roboty i widoczny efekt. Hero nabiera kształtów. Grubasek.

Zaraz wyczerpię sobie tematy i nie będzie o czym pisać! Na dzisiaj koniec, jak nie będzie kolejnej relacji w przeciągu 7 dni, przyjmę z pokorą karę jakakolwiek by ona miała nie być 

Tu  nas znajdziecie:

W kilku słowach o tym co robimy:

Planujemy zbudować 3 jachty, po jednym na każde z nas, i wystartować w regatach samotników "Setką prze Atlantyk" które odbędą się w 2020 roku.