SPONSORZY:

PATRONI

CI LUDZIE NAS

 WSPIERAJĄ!

Walka z czasem 
(i temperaturą)
24 października 2018

Powrót do przeglądania artykułów 

Godzina 2230. Wróciłam do mieszkania z hangaru. Nie planowałam na dzisiaj pisania żadnego artykułu, zbierałam dopiero wenę do paru tematów, które siedzą mi gdzieś tam w głowie, a też i na brak pracy nie narzekam. Jednak wydarzenia dzisiejszego dnia aż się proszą o opisanie (no i może trochę skompromitowanie się).

 

Jeżeli czytacie to w czasie rzeczywistym pewnie wiecie, że ostatnio nastąpiło spore pogorszenie pogody.  Opuścił nas przyjemny, cieplutki wyż który zadomowił się nad Polską na i tak bardzo długo, i ustąpił miejsca…no właśnie. Układy niskiego ciśnienia chyba mają jakieś regaty. Dosłownie z dnia na dzień zrobiło się szaro, buro, zimno (bardzo!), pojawiły się opady i silny wiatr. Ale zacznijmy jednak od początku.

Wczoraj miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu z Rafałem Moszczyńskim, który właśnie przygotowuje swoją wyprawę dookoła świata ”Solo non-stop”. Rafał również w 2016 zrzucił na wodę swoją własnoręcznie wykonaną setkę „Wojownik” w Portugalii na której później popłynął na Martynikę. W trakcie swojej prezentacji wielokrotnie odnosił się do tego rejsu, warunków, przygotowania, trudności jakie napotkał. Jeżeli chodzi o mnie, chłonę każde tego typu informacje jak gąbka, są dla mnie ogromnie cenne i między innymi, szczególnie utkwiły mi w pamięci słowa pełne niepokoju i wyraźnie niemiłych wspomnień o nieopuszczającej go myśli, że wypadnie za burtę i będzie oglądać oddalającą się rufę jachtu płynącego dalej na samosterze. Powiązane z tą myślą są wszelkie sprawy potykania się, wywracania, przypinania szelkami i ogólnie poruszania się po jachcie.

Wniosek płynący z tego wszystkiego dla mnie? Chyba będę musiała chodzić w czternastu parach szelek, zrobić sobie na jachcie milion miejsc do przypięcia i najlepiej pod ubranie w którym aktualnie będę przebywać, dać poduszki.

Kto mnie zna wie nie od dziś, że jestem straszną sierotą. Jak da się o coś zranić, potknąć, wywrócić, to ja to zrobię. Nawet jak się nie da, bo nie ma o co, to ja i tak to zrobię :P Gracją w tym wszystkim nie grzeszę, ale powoli zaczynam pobijać sama siebie. Siniaki, stłuczenia, zdarta skóra, rany to dla mnie codzienność i może dzięki temu wyrobiłam sobie dosyć solidny próg bólu. Przy budowie malutkiej Hero już się przyzwyczaiłam, że co drugi krok coś wywalam, gubię, potykam się, ranie, obcieram, brudzę itd. Itp. Jeżeli wystaje np. końcówka ścisku, zahaczę się o nią pięć tysięcy razy, aż porwę sobie na przykład….skórę. Praca z żywicą… no cóż. Trzeba się nauczyć żyć z tym, że ubrudzę się od stóp do głów (niedługo chyba zostanę łysa, biedne włosy :<) Da się nią ubrudzić, więc pokaże jak można maksymalnie.  Dzisiaj najprawdopodobniej co drugi mój krok był krokiem ciamajdy. Na mojej drodze stawało dosłownie wszystko, łącznie z…helingiem łódki Adama w który, no serio, trzeba być zdolnym żeby wleźć i się potknąć.

Zastanawiam się jak bardzo sina, w takim razie, przypłynę na Martynikę… Trzeba się chyba nauczyć szyć i wyposażyć apteczkę może dwa razy bardziej niż chłopaki. Przyda się na pewno :) Chodzi mi po głowie pomysł wyłożenia prawie wszystkiego w środku materacami, chociaż cienkimi.  Żeby chociaż trochę zminimalizować siłę wszystkich moich licznych przyszłych upadków.

Dzisiaj wracam do domu z dziurą w łydce. Dosłownie. W hangarze stoją obecnie dwie, powtórzę, dwie przyczepy podłodziowe. Reszta mieszka chwilowo poza lub jest już w użytku. Miejsca zrobiło się sporo, w porównaniu z tym co było w wakacje. Ale jak już wiecie, jestem zdolna, w jedną z nich nie dość że przywaliłam, to jeszcze w jedyny element o który można się było zranić. No co zrobić, octanisept, gazik, bandaż i do roboty dalej. Dziura w nodze solidna :)

Chyba kupię kilka drabinek sznurkowych i profilaktycznie porozkładam je w strategicznych punktach jachtu, zabezpieczone, żeby w razie wypadnięcia z któregokolwiek miejsca można było łatwo po nią sięgnąć i wrócić.

Wracając do pogody. Jeżeli czytasz ten artykuł w takcie budowy swojej własnej małej jednostki, pamiętaj, nigdy przenigdy nie lekceważ temperatury. Niestety, ale smutno się o tym przekonałam.

Calutki weekend głowiłam się i martwiłam pływając po naszym pięknym Bałtyckim morzu, jak to zrobić, żeby tą łódeczkę do końca dokleić zanim przetransportujemy się z całym majdanem do nowej, ciepłej lokalizacji. Nasz obecny hangar nie jest w żaden sposób ocieplany, to tylko blacha. Temperatury lecą w dół, a ja.. Zostały mi dosłownie dwa dni klejenia i łódka stoi w pełnej okazałości ze wszystkimi wzdłużnikami, gotowa do szlifowania i obklejania, a na pewno do przetransportowania do Góraszki, gdzie od listopada będziemy urzędować. Dwa dni. Gdyby nie to, że większość (czy nie wszystkie...?) weekendy przesiaduje ostatnio na morzu spokojnie bym się wyrobiła "w ciepłym" a tak to.. zabrakło chwili. W poniedziałek ogromny dylemat. Temperatury niskie, kleić trzeba, bo jak nie teraz to kiedy... czy może jednak lepiej nie? Może jakoś ogrzać, jakiś pomysł... Ostatecznie pojechałam, opatuliłam wstępnie dookoła, na razie tylko dokładając "ścianki"  namiotu w którym tworzy się małe (podobno)  pływające cudo i zainstalowałam farelkę z prośbą do bosmana, żeby wyłączył na noc, bo za duże ryzyko, że nikt się nie zorientuje jakby coś się działo i włączył rano. Temperatury jeszcze nie tak dramatyczne. 10-13 stopni w środku. Wtedy. Jak tam byłam.

Wtorek spędziłam na zamartwianiu się. Ochłodziło się. Czy nie jest za zimno, czy mała Hero nie marznie, czy się nie niszczy, czy nic nie pęka. Wtedy zrodziła się niepokojąca myśl z pękającymi wzdłużnikami, która obecnie przerodziła się w autentyczną paranoję.

Środa. Jadę. Temperatury jeszcze niższe. Trzeba koniecznie znacząco zmniejszyć objętość "namiotu", odizolować, grzać, grzać, grzać. Jak przyjechałam, termometr pokazywał smutne 7 stopni w środku. Zdecydowanie dużo za mało. 

Zaczęłam zmieniać ustawienia plandek, ale strasznie dużo z tym roboty i samemu wcale nie łatwo więc stwierdziłam, że poczekam na Adama. W ruch poszła tuba do ogrzewania drewna, farelka, czajnik, zrobiło się może dwa stopnie cieplej. Przy pracy dla mnie odczuwalnie dużo więcej co dawało złudzenie, że wszystko jest ok. 

"To jeszcze przykleję to i to i bierzemy się za namiot" I jeszcze chwilkę. I jeszcze to. I tak się zeszło. I nic nie odizolowane bardziej. Temperatura w granicach dziewięciu, moze trochę więcej miejscami, w innych trochę mniej. A drewno nie dość że klejone, doginane, to jeszcze grzane i chłodzone na zmianę. Głupia jestem, wiem.  Paranoja w głowie przy każdym kroku, że pęknie mi wzdłużnik bardzo, bardzo silna. W końcu jak wzięliśmy się za namiocik, pare minut po rozpoczęciu całej operacji, trzask. Wcześniej, każdy spadający kamień, czy szelest liści mnie niepokoił, że właśnie coś takiego może się wydarzyć. I się stało. Świeżo doginany wzdłużnik denny 50-tka pęka na łączeniu między wręgą C, a D.

W takich chwilach świat zamiera. Zamurowało mnie, chciałam się popłakać jak mała dziewczynka. Bałam się tego ostatnie kilka dni. I stało się. Ostatecznie, z własnej głupoty, że szybciej nie doprowadziłam do podniesienia temperatury przy łódce. Spojrzałam w tamtej chwili na termometr. Siedem stopni. SIEDEM. Połowa tego co powinno być.  Innego powodu pęknięcia nie ma jak za niska temperatura. Dzięki Adam, że byłeś wtedy, serio. Pewnie gdyby nie ty i szybka mobilizacja, usiadłabym w kącie i płakała sobie nad życiem patrząc jak coś innego pęka zaraz za tą 50-tką. Bardzo ciasny i bardzo izolowany namiot powstał w tempie ekspresowym. Bosman przywołany moim krzykiem, przyniósł chwilę po zorientowaniu się w sytuacji drugą farelkę. Plus jeden, plus dwa, plus trzy. Łódka otrzymuje mikro pokoik z temperaturą 15 stopni w tempie ekspresowym. I tak ma zostać. Ma jej być cieplej niż mam w domu ja sama. Wzdłużnik pękł na klejeniu i jego przedłużeniu, na odcinku około 35-40 cm. Po skosie. Całe szczęście udało się to uratować. Duża powierzchnia klejenia i mała szkoda. Zostawiłam większą przestrzeń dla żywicy żeby było co najmniej milimetr czystego spoiwa między deseczkami, lżej ścisnęłam ściskami (czterema) jednak upewniając się że jest żywicy równomiernie w każdym miejscu. Wisi. Czeka. Odcinek dziobowy to strasznie dużo nerwów z mojej strony. Gięcie jest tak solidne, a paranoja nie pomaga. Widzę i słyszę jak wszystko pęka nieodwracalnie. 

Najważniejsze to zachować spokój, cierpliwie, powoli i delikatnie doginać, pamiętając o długotrwałym grzaniu i moczeniu tubą wcześniej oraz....zachowaniu odpowiedniej temperatury otoczenia. Bo jak ostatni warunek nie jest spełniony, nawet największa delikatność nie pomoże.

 

 

Tu  nas znajdziecie:

W kilku słowach o tym co robimy:

Planujemy zbudować 3 jachty, po jednym na każde z nas, i wystartować w regatach samotników "Setką prze Atlantyk" które odbędą się w 2020 roku.